Tak został zmodyfikowany cytat. Czcionka czyta polskie znaki, oczywiście mogę to udowodnić, przebrnę przez tekst z Tobą, a na jego końcu okaże się, że wszystkie znaki zostały odczytane. Koniec końców za nami chyba wszystkie polskie znaki! Oh, oprócz "ź". Mój błąd.
Jak wygląda nasz podtytuł?
zapytał czule Ron siadając obok przyjaciółki i obejmując ją.
– Nie… nic takiego… wiesz szalma i tak dalej. – skłamała z
łatwością.
Ron zmarszczył gniewnie brwi i objął ją trochę
mocniej, po czym wstał szybko, jakby zmartwił się, bo źle postąpił.
– Zabije gnoja, jeżeli jeszcze raz coś ci zrobi – zapewnił,
skutecznie wprawiając gryfonkę w osłupienie.
– Martwisz się o
mnie? – odpowiedziała błyskawicznie.
- Oh, oczywiście. Nie mogłem wysiedzieć na lekcji kiedy cię
nie było… Bałem się, że coś ci się stało i McGonagall pozwoliła mi iść cię
poszukać.
- Dziękuję ci. Wracamy? – uśmiechnęła się.
Wróciła z Ronem na lekcje. W jej głowie
panował nie mały mętlik. Była taka szczęśliwa, że rudowłosy martwił się o nią.
Spojrzała na niego. Był tak dziwnie spokojny i szczęśliwy. Szli blisko siebie.
Może wyszłoby mi razem…
Draco usiadł
łóżku w swoim prywatnym dormitorium odpalił papierosa i rozmyślał nad tym co
mógł napisać mu ojciec. Przypomniało mu się jak ojciec cisnął w niego Cruciatusem
kiedy przyłapał go podczas palenia. „To nie przystoi arystokracie,
rozpieszczony gówniarzu”. Jego ojciec nawet nie pomyślał, że zaczął palić, bo
nikt normalny nie wytrzymałby w tym ‘przytulnym’ domu. Od dzieciństwa ojciec
był dla niego chamem i okrutnikiem, a jego matka nie mogła mieć nawet własnego
zdania. Od dzieciństwa oglądał nienawiść, terror, różne zbrodnie, brak
jakiejkolwiek miłości… Dopalił i otworzył list.
„ Draco,
Za dwa dni wyjedziesz z
Hogwartu na tydzień. Twoja matka zginęła w niewyjaśnionych okolicznościach. W
czwartek odbędzie się pogrzeb. Dumbledore został powiadomiony.
Lucjusz Malfoy”
Tyle? Tylko tyle!? Jego matka zginęła,
a ten pieprzony sukinsyn nie mógł nawet wysilić się na jakieś cholerne „przykro
mi”. Zgniótł list i cisnął nim w ścianę. Pierwszy raz wstydził się, że jest
Malfoyem, że jest synem tego człowieka. Zginęła w niewyjaśnianych
okolicznościach, tak oczywiście. Podszedł do barku i wyjął nie otwartą butelkę
Ognistej. Szklanki napełniały się płynem, by zaraz po chwili czekać puste na
kolejną kolejkę. Pił w samotności i zamiast się uspokajać był coraz bardziej
smutny, rozżalony i wściekły. Gdyby miał kogoś kto by mu pomógł, ale właśnie
taka była cena za bycie złą osobą – samotność. Gdyby mógł się na kimś wyżyć.
Gdy butelka nie zawierała już chociażby kropli alkoholu zegar wybijał
osiemnastą. Rozbił o ścianę szklankę, z której pił i chciał sięgnąć po
kolejnego papierosa, niestety paczka była już całkowicie pusta. Był rozbity,
ale nie dało się tego po nim zauważyć, jego twarz była tak samo obojętna i
pusta, jak każdego dnia. Wyszedł głośno trzaskając drzwiami.
Święta trójca Hogwartu wracała z
biblioteki z gotowymi wypracowaniami dla Snape. Po korytarzach przechadzało się
wiele osób. Do szlabanu Rona została jeszcze cała godzina, więc postanowili
znaleźć jakieś ustronne miejsce i porozmawiać. Wtedy ma ich horyzoncie pojawiła
się naczelna tchórzofretka domu Salazara. Hermiona czuła się bardzo dziwnie. Prosiła
w myślach aby poszedł dalej. Miała go dość. Nie ufała mu, a może… Nie, nie
ufała mu. Mimo wszystkich przereklamowanych gestów musi być ostrożna, jak nigdy
dotąd. Ślizgon przechodząc wyraźnie specjalnie zdzielił Harry’ego z bara. Potter odwrócił się i warknął:
- Uważaj jak chodzisz, Malfoy!
- Bo co? – zmierzył wzrokiem niższego od siebie przeciwnika.
Czarnowłosy nie
odpowiedział tylko spojrzeniem przelewał na Ślizgona całą swą nienawiść.
- Harry! Uspokój się nie warto! – powiedziała szatynka
starając się odciągnąć przyjaciela, a ten zaczął się cofać wraz z nią.
- Szlama wybawia szlachetnego obrońcie szlam, słodkie. –
syknął blondyn.
- Zamknij się i nie nazywaj Hermiony szlamą! – wtrącił Ron.
- Za ile mogę wynająć tą waszą szlamę? Galeon starczy?
Weasley to więcej, niż zarabia twój ojciec.
Hermiona oniemiała. Malfoy, pijany i
wściekły obrażał ją, tak jakby ich dzisiejsza rozmowa się w ogóle nie odbyła, tak
mogła się tego spodziewać, puściła Harry’ego, ale nie pozwoliła ani jemu ani
czerwonemu ze złości Ronowi podejść do Ślizgona. Wyrwała się przed szereg i
wymierzyła mu silny jak na dziewczynę policzek. Sama nie wiedziała co zrobiła,
przecież to nie w jej stylu! Odpowiedziała na zwykłą, żałosną prowokację… Draco
złapał się za miejsce, w które uderzyła a drugą ręką złapał jej przedramię i z
siłą popchnął na ziemię. Tego było za wiele. Ron podbiegł do Hermiony, a Harry
wyjął różdżkę i ryknął w stronę Malfoy’a:
- Sectumsempra!
Malfoy padł na ziemię i zaczął
niewyobrażalnie krwawić. Na jego ciele pojawiło się wiele ran, a z jego ust
wyrywały się tylko krótkie i płytkie westchnienia bólu. Całe zajście widziała
jakaś dziewczyna z czwartego roku, która wracała ze szlabanu u Snape. Szybko
pobiegła po nauczyciela, z którego gabinetu przed chwilą wyszła. W ułamku
sekundy na miejscu pojawił się mistrz eliksirów. Obraz jaki ujrzał był okropny.
Na ziemi leżała Granger w objęciach Weasleya. Trzymała się za rękę. Potter stał
z wyciągniętą różdżką a na posadzce leżał zakrwawiony Malfoy. Nietoperz nie
musiał nawet wnikać do ich umysłów, żeby wiedzieć co się stało. Podbiegł do
Dracona i coś szeptał, coś wyjął z kieszeni i po chwili Ślizgon przestał
krwawić. Leżał nieprzytomny. Na miejsce przybiegła pani Pomfrey i Mcgonagall.
Pielęgniarka, z pomocą Snape, zabrała poszkodowanego do Skrzydła Szpitalnego, a
opiekunka Gryffindoru popatrzyła na pozostałą trójkę groźnie i warknęła:
- Cała trójka do mojego gabinetu! Natychmiast!
Harry, mimo swoich tłumaczeń został
zawieszony w prawach ucznia na dwa miesiące. Ron i Hermiona, dlatego, że nie
pomogli Malfoy’owi zostali ukarani szlabanem w piątek. Draco w godzinach
wieczornych został zabrany z Hogwartu, tyle było wiadomo. Weasley ze swojego
szlabanu, który zarobił na zaklęciach, wrócił w tym samym momencie, gdy pani
Pomfrey wypuściła Hermionę ze skrzydła szpitalnego. Dziewczyna miała paskudnie
zbitą rękę, ale wystarczył jeden eliksir i była jak nowonarodzona. Ron za to
opadł na fotel i stwierdził, że godzinny szlaban u Tristiti był najgorszym
doświadczeniem w jego życiu. Zegar nie wskazywał nawet dziesiątej, gdy cała
trójka spała, po wyczerpującym dniu.
Hermiona szła na swój środowy szlaban u
Tristiti. Malfoy’a już drugi dzień nie ma. I dobrze! Nie zniosłaby chyba widoku
jego porcelanowej buźki. Od poniedziałkowej kłótni Gryfonka była dziwnie
przybita. Ślizgon był dla niej nikim, ale… myślała, że zawarli jakieś
niewidzialne przymierze. Ich cichy rozejm pękł na tysiąc kawałków. Trudno, jego
problem. Najgorsze było to, że cały czas prześladowały ją smutne i żałosne oczy
blondyna. Jedna sekunda kiedy jego źrenice stały się odbiciem duszy
wystarczyła, żeby zamącić jej w głowie. Chciała mu pomóc. Wyraźnie nie mógł
pokazać kim jest – coś go hamowało, tylko co? Nie.. nie ważne to jego sprawa. Kroki
dziewczyny stawały się coraz szybsze, a zdenerwowanie wypełniało jej umysł.
Była taka słaba. Zatrzymała się i oparła o ścianę.
- Cholera! – wrzasnęła, nie mogąc wyrzucić z głowy, oczu
Malfoy’a.
Sama była zdziwiona swoją wulgarnością i
starała się uspokoić. Niech go diabli! Czy on jest jakimś biednym szczeniakiem
w schronisku? Nie, to raczej drań, bydle… takim się nie pomaga…
- Twoje słowa kolą
moje serce. Zawsze myślałem, że damie nie przystoi używać tak mało wyrafinowanych
słów – powiedział oskarżycielsko chłopak, który już kilka minut szedł za
gryfonką.
- Zambwini? – zapytała. – Co ty możesz wiedzieć o damach,
skoro bujasz się ze ślizgońskimi szma… pannami lekkich obyczajów – oznajmiła
wyniosłym, firmowym tonem Hermiona.
- Zambwini. – zaśmiał się - Nazywam się Zabini. Ale wolę po
imieniu. Blaise.
- Aha.
Hermiona ruszyła przed siebie i była już
kilka metrów przed gabinetem Tristiti, kiedy zauważyła, że ten cały Zabini
idzie bezszelestnie za nią. Mogłaby przyśpieszyć i skryć się w komnatach Dolor,
ale postanowiła rozmówić się ze ślizgonem.
- Dlaczego za mną łazisz?!
- Nie schlebiaj sobie, mała. – syknął Blaise i wyprzedził
gryfonkę.
Hermiona stała jeszcze chwilę patrząc gdzie on
zmierza. Ku jej zdziwieniu wszedł tam gdzie miała skończyć się jej podróż.
Tristitia w zmowie ze Ślizgonami? Ruszyła ku drzwiom do gabinetu królowej
ciemności. Zapukała a gdy usłyszała suche „proszę” , weszła do gabinetu.
- Jest i pani Granger. – powiedziała kpiąco Tristitia.
- Granger?! – siedzący na krześle przed biurkiem Blaise krzyknął
zszokowany i odwrócił się w stronę szatynki.
- Jakiś problem panie Zabini? Siadaj Granger. – wskazała
miejsce naprzeciwko biurka. Kiedy Hermiona
zajęła miejsce Tristitia popatrzyła na nią wrednie i zaczęła nieprzyjemnym
tonem: - Przykro mi panie Zabini, że nie rozpoznał pan naszej słodkiej
gryfoneczki już na korytarzu, ale jak się pan pewnie domyśla, zamiast kobiety
pięknej, z którą pomylił pan naszą Granger, ma pan obok właśnie ją. Nie
zazdroszczę, przykro mi. Wasz szlaban polega na tym, że przygotujecie mi pewien
materiał na następne zajęcia...
- Dlaczego? – zapytała nagle Hermiona, przerywając wypowiedź
Dolor.
- Och, wasza gryfońska głupota, to znaczy dociekliwość. – przejęzyczyła się na co Zabini zachichotał – Blaise coś cię bawi? – pokręcił przecząco
głową.
- Dlaczego pani mnie obraża? – zapytała ponownie Hermiona. –
Co ja pani zrobiłam? Matkę zabiłam czy co?
Dolor wstała i uderzyła pięścią w stół.
- Nie waż się wspominać o mojej matce! – wrzasnęła
czarnowłosa – Zabini proszę iść do Slughorna i poprosić o zastąpienie mnie w
twoim szlabanie. Sprawdzę czy szlaban się odbył, chyba nie chcesz mnie
zezłościć.
Blaise tylko kiwną głową, rzucił
„Dobranoc, pani profesor Dolor” i już go nie było. Hermiona czuła, że wpadła
jak śliwka w kompot. Na Merlina! Dlaczego nie mogła ugryźć się w język?
Dlaczego? Tristitia obserwowała ją i
samym wzrokiem sprawiała, że gryfonce brakowało powietrza.
- Ty sobie nie myśl Granger, że możesz sobie pozwolić na wszystko,
bo jesteś przyjaciółką cud Pottera, zarozumiała szlamo.
- Nauczycielce nie przystoi używać takich prostackich
określeń jak „szlama”. – poinformowała uczennica.
- Ty szablozębna gówniaro, nie będziesz mi mówić co mam
robić! – jej wzburzenie po sekundzie opadło i kontynuowała spokojnie: - Pozwól,
że wyjaśnię ci kilka zasad. Po pierwsze nie obchodzi mnie jak dużo rozumów
pozjadałaś, dla mnie jesteś kolejnym bachorem, który nic nie wie o życiu. Po
drugie nie wspomina się o mojej rodzinie, chyba, że o Hominisie. Po trzecie, jeżeli nie chcesz mieć we mnie
wroga siedź cicho, chyba, że chcesz sobie załatwić rundkę po Zakazanym Lesie w
nocy i bez różdżki.
- To jest zabro…. – zaczęła Gryfonka.
- Zamknij się! Zawsze wiesz lepiej. Tak opiekuńcza i słodka
Hermiona Jean Granger, a tak naprawdę jesteś nic nie wartą, przemądrzałą
szlamą! – wrzasnęła, a szyby w oknach zadrżały. – Widzisz te drzwi? – jej ton
stał się bardziej oschły, Hermiona kiwnęła głową. – Na stoliku w tym pokoju
leży książka znajdziesz w niej Adama Sofire’a i wypiszesz na kartce wszystko co
o nim znajdziesz potem poszukasz informacji na temat czaru jego matki i to też
masz wypisać na kartkę. Powiel to sto razy, bez użycia magii, różdżka na stół.
- Mogę już iść? – powiedziała odkładając różdżkę.
- Tak. – gdy Hermiona była przy drzwiach do pokoiku
usłyszała ciche, ledwo słyszalne: - Jak ja cię nienawidzę.
Szatynka skończyła swój szlaban przed
dziesiątą. W Pokoju Wspólnym spotkała Harry’ego i Rona. Opowiedziała im o swoim
nieprzyjemnym szlabanie. Weasley był wściekły, że Tristitia obraziła jego
przyjaciółkę, a Potter, był dumny, że Gryfonka znalazła w sobie siłę na
odpyskowanie Dolor. Gdy Hermiona leżała już w łóżku myślała tylko nad tym,
dlaczego królowa ciemności nazwała ją „szablozębną”. To było tak dawno, skąd
wiedziała, że ona męczyła się już z tego typu obelgami..?
Draco siedział w sobotnie
popołudnie swoim pokoju w Malfoy Manor.
Obudził się w czwartek i wszystko go bolało, a jedyne co pamiętał to to, że
wyszedł pijany ze swojego dormitorium. Na szczęście okazało się, że jego
kochany ojczulek nie ma pojęcia gdzie jest Narcyza. Musiał wymyślić jakiś
powód, aby ściągnąć Dracona do domu. Właśnie dziś, właściwie zaraz, ktoś z
Hogwartu miał stać się śmierciożercą. Ojciec chciał, aby Draco zobaczył jak to
wygląda. Jakby tego nie wiedział. Rozległ się majestatyczny dzwonek, a Mroczny
Znak na ścianie zapłonął na zielono.. Draco wstał, gdy tylko wyszedł z pokoju
do jego uszu dotarł przerażający krzyk, błaganie o życie i puste, zimne,
szaleńcze śmiechy. Zszedł na dół i zajął miejsce, które wcześniej wskazał mu
ojciec. Jego twarz była obojętna, a uszy starały się nie słyszeć wrzasków. Krąg
się rozstąpił i utworzył dwuszereg. Naprzeciwko siebie stały cztery pary
śmierciożerców, odzianych w peleryny i maski. Wtedy kolejny śmierciożerca
wyszedł z przedpokoju z wrzeszczącą w niebogłosy kobietą. Jej oczy były
przewiązane czarną wstęgą, miała wiśniowe usta i była niesamowicie blada.
Została ułożona między poplecznikami Voldemorta, na środku szeregów. Wtedy mężczyzna
który przetransportował tu kobietę odszedł do jednego z rzędów i pochylił
głowę, to samo zrobili inni. Idealnie po drugiej stronie mężczyzny aportował
się Czarny Pan. Jego czerwone źrenice świdrowały.
Draco wstał z fotela i również się ukłonił. Lord uśmiechnął się, co trudno było
nazwać nawet złowieszczym uśmiechem. To było po prostu obnażenie krzywych,
małych zębów, zwiastujące coś okropnego. Śmierciożercy z powrotem się
wyprostowali. Po schodach, po których kilka minut temu schodził Draco, zmierzała
Pansy Parkinson, w pelerynie, ale bez maski. Młody Malfoy Wytrzeszczył oczy.
Stanęła naprzeciwko płaczącej kobiety. Po chwili Czarny Pan wyszedł przed
szereg i stanął naprzeciw czarnowłosej. Dzieliła ich tylko nieszczęsna ofiara
śmierciożerców.
- Droga Pansy. Ten wybór będzie zapewne brzemienny w
skutkach. Będzie ociekał w chwałę i potęgę, ale wymaga też oddania i krwi. Czy
jesteś gotowa, aby przyłączać się do naszego szlachetnego kręgu? – zasyczał
Voldemort.
Na twarzy Parkinson
pojawił się iście ślizgoński uśmiech.
- Tak, jestem gotowa, mój panie.
- Więc przystąpmy do ceremonii!
Pansy podeszła do kobiety i zdjęła jej
czarną wstęgę ograniczającą widoczność. Ofiara pisnęła widząc co się
dzieje. Ślizgonka uniosła jej skrępowane
ciało tak aby ich spojrzenia się spotkały. Chwilę patrzyły sobie w oczy.
Kobieta piszczała żałośnie, żeby nie robić jej krzywdy, a jej tęczówki skrywały
zwierzęcy strach i ludzką rozpacz. Po pięciu minutach kontaktu wzrokowego
Czarny Pan skinął głowa. Pansy rzuciła kobietę z powrotem na zimną posadzkę i
po chwili krzyknęła:
- Avada Kedavra!
Ofiara przestała się ruszać, ale nadal
miała otwarte oczy. Czarny Pan przemówił:
- Gratuluję, Pansy. Teraz już wiesz jak żałosna jest ludzka
dusza, w porównaniu do naszej potęgi. Czy jej zaszczuta i przestraszona
duszyczka, przekonała cię, aby jej nie zabijać? – Pansy pokręciła, z uśmiechem,
głową przecząco. Śmierciożercy zaśmiali się chochle, a gdy Lord zaczął mówić
ponownie, ucichli: - Tak to już jest. Człowiek silny to człowiek bez serca, bez
uczuć, bez miłości, który nie ma nic do stracenia … jednym słowem człowiek bez
duszy.
Czarny Pan skinął głową i podszedł do
Pansy, omijając ciało leżące na podłodzie. Gdy dotknął jej ręki ta upadła na
kolana. Lord odgarnął jej rękaw. Szeptał coś po cichu jeżdżąc różdżką po
przedramieniu Pansy a ona krzyczała z bólu. Trwało to może niecałą minutę,
Voldemort odsunął się i rzekł:
- Oto nasza nowa siostra. – zwrócił głowę do jednej z
postaci w szeregu - Bella, bądź tak miła i powiedz co ma dla nas zrobić. – jego
czerwone oczy powędrowały na Dracona, który wstał pod wpływem jego wzroku -
Czekamy na ciebie, Draco. Jeżeli się nie mylę Grudzień tak? – patrzył na
blondyna przenikliwie a ten kiwnął głową.
Wszyscy ukłonili się swojemu Lordowi a on
sam deportował się. Zaraz za nim siedmiu z dziewięciu śmierciożerców zaczęło
udawać się w stronę wyjścia kiwając, z fałszywym szacunkiem, do siebie głowami.
Ciekawe jakie zadanie mają dla Parkinson. Lucjusz i Bellatrix zdjęli maski.
Draco nawet nie drgnął ze swojego fotela.
- Pansy! – zaskrzeczała Lestrange, podbiegła do niej od
tyłu, wspięła się na palcach, oparła głowę na jej ramieniu i zaczęła mówić
szeptem: - Póki Draco nie zostanie śmierciożercą, będziesz kontrolowała jego
zadanie. Mianowicie uśmiercenie słodkiej Granger. – odeszła od niej i usiadła
Draconowi na kolanach. Zaczęła mówić do niego, jak do małego dziecka: - Póki
Draconek nie jeśt jednym z naś, nie mosie mieć zadanka śam. – jej twarz stała
się groźna odskoczyła od siostrzeńca i krzyknęła: - Narobiłeś problemów to
chociaż postaraj się je rozwiązać! Ta szlama mogła zginąć i byłoby po
problemie, a teraz? Co zdziałałeś?! – teraz patrzyła na nich oboje groźnym
wzrokiem – Uporajcie się z tym szybko, dobrze radzę, bo ten pieprzony
Dumbledore nie zabije się sam!
I ruszyła w stronę wyjścia. Draco jak
najszybciej poszedł do swojego pokoju. Co on ma teraz zrobić? Nie może zabić,
Granger, przecież mieli swój mały rozejm. A Pansy? Będzie mu bardzo
przeszkadzać. W poniedziałek,
osiemnastego, ma wrócić do szkoły. Właśnie miał się spotkać z Granger! Pewnie
zastanawia się czemu nie przyszedł….
Draco wrócił do szkoły w poniedziałek.
Kiedy wszedł na OPCM, Potter na jego widok był wściekły ale i speszony, Weasley
spiekł raka, ale najgorsza była Granger. Zamiast czekać na spotkanie w sprawie
ich cichego sojuszu, obrzuciła go nienawistnym spojrzeniem, godnym Bellatrix.
Malfoy zrozumiał dlaczego Gryfonka tak na niego spojrzała, kiedy odnalazł pewną
dziewczynę z czwartego roku, która opowiedziała mu co zaszło między nim a
świętą trójcą.
* * *
Dni mijały bardzo szybko. Osiemnasty września
stał się u ułamku sekundy osiemnastym listopada. Tristitia nie miała jak na
razie przemiłych lekcji z szóstym rocznikiem. Pod koniec września odbyła się
lekcja organizacyjna z Hominisem, która była o niebo przyjemniejsza. Zawieszenie Harry’ego minęło kilka dni temu,
dlatego znów mógł organizować treningi. Ron nadal był wściekły na Malfoy’a. W
sercu Hermiony rozpłynęła się delikatna mgiełka ukazująca Dracona, jako
zagubionego chłopaka, godnego uwagi. Teraz wiedziała, że nie może mu ufać. Była
pewna, że jej zauroczenie Ronem, również minęło. Właśnie siedziała na treningu,
czytając jakąś przyjemnie wciągającą książkę kryminalną. Z racji okropnej
pogody, Gryfonka postanowiła udać się do zamku. Byłby to kolejny nudny dzień,
gdyby nie to, że za chwilę miała minąć się z Malfoy’em. Obrała gniewną minę i
spojrzała odważnie w przód. Malfoy przeszedł dość blisko niej, a w jej ręku
znalazła się karteczka. Kiedy szatynka dotarła do dormitorium, odczytała
liścik:
,, Wiem, że nawaliłem, ale
mogę ci to wszystko wytłumaczyć. Sprawa bardzo się pogorszyła i jesteś w
niebezpieczeństwie. Spotkaj się ze mną w sprawie naszego rozejmu. Pusta klasa
na trzecim piętrze, dziewiętnasta. D.M.”

"(...) usiadła Draconowi na kolanach. Zaczęła mówić do niego, jak do małego dziecka: - Póki Draconek nie jeśt jednym z naś, nie mosie mieć zadanka śam." Hahahaha, kocham ten fragment :D
OdpowiedzUsuńŚwietnie opisałaś ceremonię.
Uśmierciłaś Narcyzę? Jak mogłaś to zrobić? :o
Niecierpliwie czekam na następny rozdział. Pozdrawiam :)
"Na szczęście okazało się, że jego kochany ojczulek nie ma pojęcia gdzie jest Narcyza. Musiał wymyślić jakiś powód, aby ściągnąć Dracona do domu." Narcyza raczej żyje sądząc po tym fragmencie :D
UsuńCieszę się, buziaki! :*
Rzeczywiście, jakoś mi umknęło ;D
Usuń